Droga Życia
Wspólnota ludzi wierzących budowana na Słowie Bożym, Kościół, którego głową jest Jezus Chrystus

Jezus odpowiedział: "...Ja jestem drogą i prawdą i życiem,
nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie..."
Ewangelia Jana 14;6

Pochodzę z rodziny katolickiej, w której nie czytano Biblii, a w której mówiono mi, że należy chodzić do kościoła, choć mnie do tego nie przymuszano, gdzie w każdym pokoju wiszą święte obrazki, ale wspólnie modlono się wtedy, gdy przyszedł ksiądz po kolędzie. Pochodzę z rodziny milczącej, w której prawie w ogóle się ze sobą nie rozmawiało, a temat Boga także nie był wyjątkiem. Pochodzę z rodziny krzyczącej, w której ojciec jest cholerykiem, rodzice są w umownej separacji, a że mieszkają pod jednym dachem, to często dochodzi do awantur. Pochodzę z rodziny alkoholowej, w której dwutygodniowe cugi ojca odbywające się co pół roku, rok czasu pokaleczyły całą rodzinę. Pochodzę z rodziny skazanej na siebie, a nie potrafiącej tworzyć ze sobą zdrowych relacji. Pochodzę z rodziny poranionej, bo gdzie nie ma Boga tam są duże otwarte rany.

Zawsze uważałam się za grzeczną dziewczynę, często za grzeczną. Takie miałam o sobie mniemanie bo byłam cicha, nieśmiała, a gdy w towarzystwie do którego w obecnej chwili należałam działy się jakieś złe rzeczy to się wycofywałam, dlatego też nigdzie nie mogłam osiąść na dobre.

 

Teraz patrzę na to inaczej i widzę, że wcale takim aniołkiem nie byłam, co prawda dna nigdy nie sięgnęłam, ale swoje przeżyłam.

Zaczęłam popijać alkohol dla towarzystwa w wieku około 14 lat, na dobre już zaczęłam palić papierosy mając gdzieś 16, sex poznałam ze stałym partnerem gdy miałam 17, a gdy miałam ze 22 to nawet całkiem zaczęło podobać mi się palenie marihuany, choć tą ostatnią rzecz, jako jedyną z tych wszystkich szybko odstawiłam. Mimo, że te wszystkie granice wiekowe są granicami gdzie te rzeczy stawały się dla mnie pewnego rodzaju normą, to nieśmiałe próby i smakowania następowały jeszcze wcześniej.

Jeśli chodzi o wiarę to bywało z nią u mnie bardzo różnie, albo chodziłam gorliwie do kościoła, a wieczorami odmawiałam po 5 razy „Zdrowaś Mario” i 10 razy „Ojcze Nasz”, oraz rozmawiałam z Bogiem, albo całkiem o Nim zapominałam, a czasami nawet grzeszyłam specjalnie z myślą „ja też mogę więc to zrobię, a Tobie Boże nic do tego”. Wiele razy w życiu czułam, że Bóg jest ze mną, ale ja Go odtrącałam świadomie, albo odstawiałam w kąt na przeczekanie, na dogodniejszy moment, najlepiej taki, gdy będę od Niego czegoś potrzebować.

Teraz, z perspektywy czasu, gdy mam już poznanie i sięgnę myślami wstecz, mogę zauważyć jak Bóg był dla mnie delikatny i łaskawy, jak był cierpliwy, jak dbał o to, aby nic nie działo się za szybko, jak pozwolił abym wewnętrznie przygotowała się na Jego wkroczenie w moje życie. I mimo, że wiem, że ciągle w oczekiwaniu trwał przy mnie, to dopiero w tamten, prawie zapomniany przeze mnie dzień usłyszał moje osobiste, szczere zaproszenie, usłyszał moją prośbę, aby wszedł w moje życie. Było to jakieś 3 lata temu. Był to dla mnie ciężki okres, gdyż chłopak z którym byłam półtora roku, zostawił mnie samą, z jednym pożegnalnym smsem. Jednego z tych ciężkich dni, zapłakana, zrozpaczona, z poczuciem odarcia ze wszystkiego zwróciłam się do Boga. Była to moja szczera, naprawdę szczera prośba, aby mi pomógł, aby pokierował moim życiem i nadał mu sens, aby przyszedł. Wiele osób teraz zapewne chciało by przeczytać, jak spektakularne rzeczy wtedy nastąpiły, ale nic takiego się nie wydarzyło. Z czasem nawet całkiem zapomniałam o tej mojej rozmowie z Bogiem. Żyłam dalej. Mimo, że byłam tego nieświadoma, Bóg kierował moim życiem tak, aby zmieniać moje wnętrze.

Po jakimś czasie poznałam chłopaka. Zaczęliśmy się spotykać, być ze sobą. Oboje byliśmy poranieni po poprzednich związkach, oboje nie pochodziliśmy z wzorcowych rodzin, oboje też mieliśmy złe przyzwyczajenia wyniesione z tych rodzin. Od początku prawie, związek ten nie był przykładny, były nim kłótnie, niejednokrotnie brak szacunku, ale i tak drogie mi spacery w naturze a na nich poważne rozmowy również o Bogu.

W tamtym okresie wydarzyło się również wiele rzeczy, które zaczęły wpływać na mój sposób postrzegania.

Pewnego dnia od mamy dostałam książkę-jak teraz mogę stwierdzić-idealną dla mnie na tamten właśnie moment, książkę którą kupiła mi mama całkiem przypadkiem od obnośnego handlarza. Książka ta zmusiła mnie do myślenia, do zastanowienia się nad kwestią wiary, religii, otworzyła mi oczy, że nie należy ślepo podążać za resztą, ale samemu szukać, poznawać, zagłębiać. I zaczęłam się zastanawiać.

Tamten okres przyniósł mi również dużo pracy nad samą sobą, ponieważ zgłosiłam się na terapię Dorosłych Dzieci Alkoholików. Szczęśliwym trafem wstrzeliłam się w nią jak w dziesiątkę, bo grupa właśnie co ruszyła, a grupy powstają gdzieś co rok czasu lub więcej i są grupami zamkniętymi. Na terapii poznałam siebie, poznałam różne mechanizmy mną kierujące, ludzi podobnych do mnie, otrzymałam wsparcie. Na terapii również dostrzegłam jak niedobrą rzecz w sobie pokonałam sama, jak pozbyłam się z mojego życia okultyzmu, bo jeszcze pół roku wcześniej wywoływanie duchów spod świadomości, wróżenie z kart nawet kilka razy dziennie, czytanie horoskopów i różnego rodzaju zabobony były u mnie rzeczą naturalną i wchodziłam w nie coraz bardziej i bardziej. Przez okres trwania terapii nie wolno nam było pić alkoholu. Na początku bardzo się buntowałam na ten punkt kontraktu który musieliśmy podpisać, bo przecież nie ja byłam alkoholiczką tylko mój ojciec, ale gdy na niego przystałam, mogłam w końcu potwierdzić swoje obawy co do tego, iż za dużo piję i bez jednego piwa trudno mi w ogóle przebywać w towarzystwie.

Mniej więcej w tym czasie również mój obecny chłopak pomógł mi w rzuceniu palenia. Paliłam siedem lat i nie sądziłam, że będę umiała tego dokonać, a jednak udało mi się i od prawie 2 lat nie zapaliłam ani jednego papierosa.

Jeśli chodzi o związek to ten jak wspomniałam nie był idealny, ale staraliśmy się na swój nieporadny sposób. Dużo się na nim nauczyłam. To, że był w tym związku sex było dla mnie oczywiste jak noc czy dzień. Gdzieś po półtora roku wprowadziłam się nawet do niego, ale po jakimś czasie stwierdziłam, że to był zły pomysł, gdyż jego matka miała inne oczekiwania co do jego dziewczyny, chciała bogatą, wygadaną przyszłą synową, a że ja taka nie byłam, za wszystko co złe obwiniała mnie, zanim zdążyła mnie wyrzucić bo jej syn się buntował przeciw niej, „a to przecież była moja wina”, wyprowadziłam się sama i wróciłam do rodzinnego domu. To był ciężki etap tego związku, konflikty rodzinne, próby odnalezienia się w nowo zaistniałe sytuacji, kłótnie. W końcu nastąpił punkt krytyczny i mój ukochany ze mną zerwał, a do tego milczał. Świat mi się wtedy zawalił. Podobna sytuacja jak sprzed dwóch lat.

I znowu podobnie zwróciła się do Boga, jak gdyby On wiedział co ugodzi najbardziej w moje znowu zatwardziałe serce. Chyba pierwszy raz w życiu poczułam usilną potrzebę zajrzenia do Biblii. Otworzyłam na losowo wybranej stronie, odłożyłam, nie przeczytałam, wróciłam po paru dniach jak już byłam gotowa. Był to list do Efezjan , strona początkowa, więc przeczytałam cały, raz, drugi, trzeci i poczułam się tak jak bym dostała upragnioną odpowiedz. Z niedowierzaniem czytałam w nim o tym, o czym od dawna marzyłam, o takim postępowaniu, o takim życiu jakiego chciałam. Bóg idealnie trafił w moje serce! Ale byłam też zła, że akurat na ten list natrafiłam, bo wszystko co było w nim napisane było piękne, ale było tak bardzo trudne do zrealizowania, byłam zła, że Bóg otwiera mi oczy i już nie mogę udawać , że tego wszystkiego nie wiem, nie rozumiem, jestem nieświadoma. Bóg dał mi poznanie i pozostawił wybór. Nie zapomnę listów jakie pisałam wtedy do mojego chłopaka, nawet nie wiedziałam czy je jemu kiedyś dam, ale pisałam parę dni o nadziei, o nowym życiu, o obawach również, ale tyle było w nich wiary, wiary która przykrywała wszystkie obawy, wiary na lepsze życie z Bogiem. Lepsze życie dla nas, tak jak chce tego Chrystus. Po jakimś czasie wręczyłam mu listy, z nadzieją i nowym zapałem zaczęliśmy tworzyć, inaczej, na nowo. Ale nasz zapał okazał się tak bardzo kruchy, wytrzymaliśmy w postanowieniu czystości zaledwie 2 miesiące i wszystko powróciło do starej normy. Jedynymi rzeczami które się zmieniły na dłużej były częste rozmowy i wspólne chodzenie do kościoła, wtedy jeszcze katolickiego, czego wcześniej nie robiliśmy. Któregoś razu gdy właśnie wracaliśmy z kościoła napadły nas cztery bestie, ludźmi ich nazwać nie można. Na moich oczach skatowali mojego partnera kijami bejsbolowymi po całym ciele, po głowie, mi grozili, cudem resztkami sił zdołał im uciec, wtoczył się zakrwawiony do mieszkania, próbowali go jeszcze złapać, powybijali szyby, trzymaliśmy drzwi bo zamek się zepsuł, w końcu coś ich przestraszyło, uciekli, później policja ich złapała, a on wylądował w ciężkim stanie w szpitalu. Był to straszny czas lęków, obaw o życie, przerażenia, bezsilności i poznania, że na świecie rządzi pieniądz, a sprawiedliwości wśród ludzi którzy powinni pomagać i chronić brak. Po tym wszystkim on zamknął się w sobie, ja dalej chodziłam do kościoła lecz sama. Nastał czas Bożego Narodzenia, czas szczególny bo właśnie wtedy zaskoczył mnie niesamowicie i poprosił oficjalnie o rękę. Już wcześniej się zaręczyliśmy, lecz tym razem odbyło się to u mnie w domu, wśród rodziny. Tej nocy też zawiodło nas zabezpieczenie. Mając już poznanie, biłam się okropnie z myślami i po raz kolejny zawiodłam okrutnie Boga. Nie zaufałam Mu, nie powierzyłam swego życia. Niczym na szali, mając po jednej stronie Jego wolę, po drugiej swoją kontrolę-wybrałam siebie i wzięłam tabletkę. Mimo, że miałam ogromne wyrzuty sumienia zagłuszyłam je. Nastał sylwester- dzień najpiękniejszy, dzień najstraszniejszy. Mój narzeczony przygotował najwspanialszego sylwestra w moim życiu, z ogromem atrakcji, niezapomnianym kuligiem, ogniskiem, grami, zabawami i zachwycającym pokazem fajerwerków z najwyższego punktu widokowego w całym mieście, a wszystko po to, aby prysło niczym bańka mydlana. Nagle gdy goście już wyszli wcielił się w kogoś strasznego, w jednej chwili wcielił się w kogoś niczym opętanego. Popadł w kompletny amok, zaczął wyrzucać mnie z domu, grozić nożem, aż w końcu wezwał na mnie policję. To wszystko było jak nie z tego świata, jakkolwiek to zabrzmi wyglądało jak irracjonalna walka dobra ze złem , a raczej atak złego. Nie do opisania. Gdy policja na którą poczekałam odwiozła mnie do domu, gdy dotarło do mnie co się stało, gdy w końcu dotarło do mnie, że to się stało naprawdę, pożegnałam się i zerwałam.

W tym czasie znowu zaczęłam szukać, siedziałam godzinami w Internecie, czytałam, weryfikowałam, poznawałam Biblię i robiłam dalej przesiew religii pod kątem moich poglądów i tego czy się zgadza to z Biblią. Wtedy też natrafiłam na baptystów, zwróciłam się mailowo do pastora, aż w końcu przyszłam na pierwsze nabożeństwo. W tamtym okresie zdałam sobie sprawę jak bardzo byłam słaba, z jednej strony chciałam żyć w Bogu, z drugiej zaś grzeszyłam i zawodziłam. Wtedy też dotarło do mnie, że Bóg tak bardzo kocha swoje dzieci i walczy o nie, iż zsyła im pomoc w walce, nie zawsze prostą i na pierwszy rzut oka wydającą się okrutną. Smaga nami aby nas nawrócić w dobrym kierunku.

[Mówiłam, że kocham, a byłam tak słaba, mówiłam, że ufam, a czułam lęk…].

Po tym wszystkim miałam czas poznawczy, zadziwiający, fascynujący. Bóg zsyłał mi dowody swojej miłości, rozmawiał ze mną przez Pismo Święte, oraz drobne momenty dnia codziennego. W tym czasie po prostu otworzyłam szerzej oczy, nastawiłam uszy i dostrzegałam Boga w tak wielu chwilach, tak wielu rzeczach. Przekonywałam się o mocy szczerości, i o tym że dobro rzeczywiście powraca, doznałam wiele ciepła od ludzi, dotarło też do mnie, że Bóg chce żebyśmy miłowali samych siebie, bo jeśli siebie nie kochamy to i bliźnich nie potrafimy, a jeśli ich nie darzymy miłością, to nie ma w nas miłości również do Boga. W tym czasie wzrastało także moje poczucie własnej wartości. Tak wiele do mnie docierało, rzeczy oczywiste stawały się w końcu oczywistymi, tak jak to było na przykład właśnie z tym kochaniem siebie samych. To takie proste, a mimo to nie dotarło wcześniej do mnie. Pomimo, ż wcześniej czytałam książki zatytułowane „Pokochaj siebie” i przeszłam terapie, to dopiero Bóg po 24 latach życia otworzył mi na to oczy gdy Duch Święty przemówił moimi ustami, a później potwierdził to zaczytanymi fragmentami Biblii.

Ten czas był też czasem modlitw za zakończony związek, za tego człowieka z którym pragnęłam mimo wszystko tworzyć kiedyś życie w zgodzie z Bogiem. Modliłam się usilnie aby kiedyś Bóg umożliwił nam wspólne życie. Teraz już wiem, że za szybko, ale wróciłam do niego. Początek był piękny. Postanowiliśmy wspólnie budować na nowych zasadach, Bożych zasadach, tym razem naprawdę szczerze postanowiłam nie poddawać się pokusom powrotu do dawnego życia w tym związku. Bóg zsyłał nam cudowne momenty, odczuwałam ogromną radość życia, cieszyłam się relacją z Bogiem, były momenty gdzie przeżywałam niezwykłe chwile nieopisanej euforii rozpierającej mnie od środka dzięki bliskości Boga. Niejednokrotnie ogarniał mnie irracjonalny optymizm, a Bóg momentami zsyłał mi po prostu bajkę. Czułam Jego bliskość i to, że działa w moim życiu. Były i gorsze chwile, dołki- ale ciągle miałam pewność obecności Bożej.

Z chłopakiem zaczęłam chodzić do kościoła, tym razem już baptystycznego, ale nie czytaliśmy razem Biblii, nie rozmawialiśmy o tym wszystkim tak dużo jak bym chciała, on nie do końca rozumiał, a ja nie potrafiłam mu tego wszystkiego wytłumaczyć. On po prostu nie przeżył tego co ja. Nie nawrócił się, nie wiedział co to znaczy.. Nie miał poznania. Starał się dla mnie, starał się dla siebie, starał się na ludzki sposób i niejednokrotnie mu się udawało, aby po chwili stać się zupełnym przeciwieństwem. Ja z czasem zaczęłam coraz częściej czuć smutek i oddalenie od Boga, coraz rzadziej zaglądałam do Biblii, za to coraz częściej zaczynało mi brakować stanowczości w opieraniu się namową do powrotu fizyczności w związku. I właśnie po takim zdarzeniu, coś pękło w moim partnerze. Znowu zobaczyłam u niego te straszne oczy, opętane oczy, oczy w które nie mogłam patrzeć, musiałam spuścić wzrok, tyle złego w nich było. Tym razem wywiózł mnie daleko na odludzie, groził, mówił straszne rzeczy, chciał zrobić krzywdę, modliłam się z całych sił do Boga aby mi pomógł, swoimi siłami nie byłam w stanie zrobić nic, i właśnie gdy w myślach błagałam Pana o ratunek, w jednej chwili te oczy po prostu zgasły, a on się opanował, zostawił mnie, odjechał. Zaczęłam uciekać. Gdy biegłam odwróciłam się, zobaczyłam że wrócił, szukał mnie, jestem pewna, że Bóg znów wysłuchał mojego błagania, zasłonił mu oczy. Nie widział mnie, mimo że byłam widoczna jak na dłoni. Po tym wszystkim urwałam kontakt, odcięłam się zupełnie.

Do tej pory myśląc o tym, nie mogę uwierzyć, że to wszystko działo się w moim prawdziwym życiu. Nikt nie jest w stanie wmówić mi teraz, że tu na ziemi nie odbywa się ciągła walka między dobrym, a złym. Jakkolwiek to brzmi dla niektórych, ja wiem, jestem pewna! że nie było to tylko ludzkie. Wydaje mi się, że Bóg po prostu zna moje serce na tyle, że wiedział co znowu nawróci mnie na dobrą drogę, że tak Mu na mnie zależy, że wyrwał mnie znów z grzechu, bo wiedział, że sił mi braknie. Pozwolił na tak brutalny sposób, bo wiedział, że inaczej będę brnąć dalej.

Niewiele czasu minęło, zbliżał się czas chrztu. Od jakiegoś czasu zastanawiała się czy przystąpić, lecz obawiałam się, że może niepotrzebnie bo jeden chrzest jako dziecko już miałam, a fragment Biblii „jest jeden chrzest” nie dawał mi spokoju. Lecz utwierdziłam się w przekonaniu, że dobrze zrobię, czytając Biblie i stwierdzając, że nigdy wcześniej tak naprawdę nie wyznałam swojej wiary, ani będąc niemowlęciem, ani będąc bierzmowaną (pomijając fakt, że w Biblii nie ma ani jednego fragmentu odnoszącego się do potwierdzenia chrztu bierzmowaniem), wtedy szłam za resztą, przyjęłam bierzmowanie bo inni tak robili, bo tak wypadało.

A więc niedawno zostałam ochrzczona. Nie zostałam porażona Duchem Świętym ;) Nie zadziały się w moim życiu spektakularne cuda, sam chrzest niewiele zmienił, oprócz tego, że w końcu odważnie mogłam wyznać swoją wiarę przed wszystkimi. Nie jest mi teraz pięknie i łatwo, nie zbliżyło mnie to do Boga w jakiś niesamowity sposób, wręcz czuję, że musze opierać się wielu rzeczą, które mnie nachodzą i usilnie zabiegać o bliski kontakt z Bogiem, bo nie jest to proste, zresztą jak to bywa z każdą dobrą relacją.

Ale czuję Jego obecność w moim życiu, w codzienności jaka mnie otacza. Czytam Biblię, nie wiem co dalej. Patrząc wstecz jestem zaskoczona jak wiele zadziało się w moim życiu przez ostatnie 3 lata, jak wielu rzeczy Bóg pomógł mi się wyzbyć, przecież nawet przeklinać przestałam jak ręką odjąć, a zdarzało mi się dość często, ale mam świadomość, że dużo do pokonania jeszcze przede mną i często czuję się słaba, ale świadomość, że mam poznanie i Bóg zawsze jest przy mnie, to właśnie dodaje mi sił.

"Przebudzona"

 

Z kalendarza ...

jezuspl

Inspiracja dla Ciebie

  • 1